Nota prawna | Mapa serwisu

Klub Biegacza UEP   



PSB


Polecane linki

UE PoznańUE Poznań

AZS UEPAZS UEP

AZSAZS



2012.12.10
Wydarzenia
Spartanin wśród Turków


Oczekuj najgorszego, a dostaniesz najlepsze - to przysłowie świetnie obrazuje maraton w Stambule. Przygotowując się do wyjazdu, spodziewałem się imprezy na średnim poziomie organizacyjnym, realizowanej z dużą dozą improwizacji. Stambuł moich oczekiwań to azjatyckie, brudne i krzykliwe miasto pełne nachalnych sprzedawców, zaczepiających na każdym rogu. Trafiłem za to na świetnie poukładaną i zrealizowaną z dużym rozmachem imprezę, gościnnych i dumnych ludzi, czyste, nowoczesne europejskie miasto.

Nadmorskie wiatry i widoki

Reklamowany jako jedyny, odbywający się na dwóch kontynentach bieg, nie imponuje liczbą uczestników. Z pięcioma tysiącami uczestników daleko mu do takich tuzów jak imprezy w Londynie, Berlinie, Paryżu czy Rzymie. Nawet nasze, polskie maratony w Poznaniu czy Warszawie mają większą frekwencję.
Tureckiej trasy nie można zaliczyć do łatwych. O skali trudności decydują liczne podbiegi i zbiegi oraz długa runda nadmorska pod wiatr. Spory odcinek pokonuje się, mijając tych, którzy mieli szczęście dotrzeć do półmetka i już wracają. Wszystko to rekompensują wspaniałe widoki, masa dopingujących ludzi, dobrze przygotowane i gęsto rozstawione (co 2,5 km) punkty z napojami.

Niemal każdy uczestnik biegu swą przygodę rozpoczynał od strony internetowej. WWW była dobrze przygotowana i przejrzysta. Jedyne uwagi można mieć do bardzo uproszczonej mapy trasy oraz jeszcze bardziej uproszczonego profilu wysokościowego. Według niego na trasie czekać miały zaledwie dwa podbiegi. Tymczasem właściwie na każdych 5 kilometrach trzeba było zbiegać i podbiegać, a na ostatnich kilometrach zdrowo zadzierać głowę, żeby zobaczyć koniec trasy!
Dziwiła też, przy powszechnej wśród mieszkańców Stambułu znajomości co najmniej 2-3 języków, ubogość wersji językowych strony (tylko turecki i angielski). Nawet organizatorom imprezy w Lizbonie opłaciło się zadbać o polskojęzyczną zawartość serwisu.

Funikular i Bosfor

Centrum organizacyjne imprezy, gdzie można było pobrać pakiety, znajdowało się w biznesowej części miasta. Dojazd do niego odbywał się na zmianę tramwajem, funikularem (rodzaj podziemnej kolejki, ale jedzącej również w pionie) i na końcu metrem. Samo centrum znajdowało się sześć poziomów pod ziemią. Pakiet startowy nie odbiegał od standardów; techniczna koszulka, trochę makulatury reklamowej, napój, banan, całkiem niezła torba.

Start imprezy znajdował się po azjatyckiej stronie miasta, na drugim brzegu Bosforu. Jednak uczestnicy zbierali się w dwóch centralnych punktach miasta, skąd do linii startu dowiozła nas masa autobusów miejskich. Wszystko, łącznie z odbiorem już na miejscu, worków depozytowych odbywało się bardzo sprawnie. Torby można było zdawać do ostatniej chwili. Wprawdzie pogoda była ładna, ale nad Bosforem porywisty wiatr przewiałby każdego, kto zrezygnuje z dresu. Do ostatniej chwili należało więc odwlec moment pozostania tylko w koszulce i spodenkach.

Tanecznym krokiem

Chwilę po wrzuceniu worka i meldunku na starcie rozległ się sygnał i tłum rzucił się na most. Oczywiście, jak zwykle przy mniejszych imprezach, organizatorzy zastosowali chwyt polegający na tym, że na jeden strzał ruszają nie tylko maratończycy, ale i osoby pokonujące inne dystanse. W tym wypadku 18 i 9 kilometrów. Odniosłem wrażenie, że 5000 uczestników mogło być liczone łącznie.
Widok z mostu rzeczywiście niesamowity; w dole przepływają tankowce, po drugiej stronie majaczący brzeg i zwarta masa ludzi. Co chwilę lecą porwane wiatrem czapki i ściągane w biegu polary lub koszule. Za chwilę wtaczamy się na ulice i uliczki miasta. Bardzo przyjazna atmosfera. Właściciele niezliczonych barów i knajpek wystawiają stoliki z wodą, sokami i piwem, przechodnie życzliwie dopingują. Nie wiem, czy to kwestia ustawki, ale ze stoisk z muzyką i scen z cheerleaderkami pobrzmiewał właściwie tylko jeden kawałek „gangnam style”, co zresztą zachęcało biegaczy, zwłaszcza na początkowych kilometrach do zatańczenia kilku nieskomplikowanych kroków.

W miarę pokonywanych wzniesień sił ubywało, zaczynałem też dostrzegać drobne mankamenty. Dlaczego na punktach postojowych izotoniki podawano w butelkach? Pierwsi biegacze chwytali butelki i po kilku łykach wyrzucali je. Dla kogoś, kto tak jak ja mieścił się dopiero w kolejnej setce, pozostawała już tylko woda. I ściskający poznańskie serce widok setek prawie pełnych pojemników zalegających podłoże. Poradziłem sobie, przebiegając pod liną na drugą stronę trasy i podbierając co nieco z niesplądrowanego jeszcze stoiska dla powracających. Jednak większość z moich towarzyszy na to nie wpadła i rzucała pod nosem wielojęzyczne przekleństwa.

Finisz pod Hagia Sofia

Najgorszy odcinek to oczywiście ostatnie 5 kilometrów - jeden z najbardziej stromych podbiegów. Nie ma to jak uczucie, gdy wpatrujesz się pod górę w zakręt, za którym oczekujesz równej, prostej drogi. Zadzierasz głowę, bo meta jest gdzieś wysoko. Niejeden maratończyk z charkotem zwalniał i przechodził na Galloway'a, żeby zachować siły na finisz (też zresztą pod górę).

Do mety dobiegało się korytarzykiem u stóp Hagia Sofia, pełnym wiwatujących kibiców. Wreszcie meta, medal, woda, wykładzina i błogosławiona chwila oddechu. Bez kłopotów odebrałem swój zostawiony jeszcze przed mostem bagaż. Kolejek nie było przy wodopojach ani przy grawerunku. Dostępne okazały się nawet tradycyjnie oblegane toalety.

Turcja po polsku

Jeśli podejść do całości odpowiednio wcześniej, można się zmieścić w cenie 1200 zł na osobę z 3-4 dniowym pobytem. Startowe to około 200 zł. Bilety lotnicze w tę i z powrotem można było kupić w maju za 300 zł. Stawki w hotelach posezonowe, zatem już za 100 zł na dobę można otrzymać dobry pokój ze śniadaniem. Koszty jedzenia nie odbiegają od rodzimych wydatków.

Jedynym ryzykownym minusem okazała się być pogoda. W tym roku wprawdzie było słonecznie i rześko, ale na zdjęciach z poprzednich lat widać, że padało i wiało.
Jeszcze z kronikarskiego obowiązku dodam, że zaskoczyła mnie częsta wśród Turków znajomość naszego języka. Nie tylko na uniwersytecie, ale nawet w tramwaju czy na ulicy nie trudno było znaleźć kogoś, kto całkiem składną polszczyzną potrafił wytłumaczyć, jak gdzieś dojść, kupić bilet. Całkowicie zaskoczył mnie sprzedawca świeżutkich, rybnych burgerów na Sirkeci. Nie tylko opowiedział po polsku kilka historii ze swego pobytu w Polsce, ale gotów był dyskutować o twórczości Shutego, Grzesiuka czy piosenkach Marii Peszek.

rel. dr Jacek Trębecki
24. Międzykontynentalny Maraton z Azji do Europy, 11 listopada 2012 r.


Klub Biegacza UE Poznań

Kim jesteśmy?
Każdy z nas na pewnym etapie życia związał się z Uniwersytetem Ekonomicznym w Poznaniu. Stanowimy nieformalną grupę zapaleńców, rekrutujących się spośród pracowników uczelni, studentów
i absolwentów.

Ciężka czy lekka?
Treningi traktujemy równie serio, jak uczelniane obowiązki. Do rozbiegań dodajemy przeróżne akcenty, a nad naszą wydolnością i cechami motorycznymi pracujemy zespołowo lub pod czujnym okiem utytułowanych zawodników
i trenerów.

Przyłącz się!
Treningi i uczestnictwo w zawodach są otwarte dla wszystkich przyjaciół UEP. Zapraszamy na czwartki maltańskie.
To dzień, w którym spore grono naszych klubowiczów udziela się nad malowniczym, poznańskim torem regatowym.

Bądź bezpieczny
Zmagania sportowe warto prowadzić
w przemyślany i bezpieczny sposób. Przezornym proponujemy ubezpieczenie
w ramach AZS
.

Zarząd

Historia Klubu
Historia Klubu Biegacza UEP w pigułce ›

 
Klub Biegacza UE Poznań © 2012