Nota prawna | Mapa serwisu

Klub Biegacza UEP   



PSB


Polecane linki

UE PoznańUE Poznań

AZS UEPAZS UEP

AZSAZS



2012.08.08
Artykuły
Tam czeka szczęście

Więcej zdjęć w Galerii ››

START
- Start w dużej imprezie to magiczny moment, huk śmigłowców nad głową, tłum widzów i podenerwowani biegacze. Ktoś nerwowo szuka toalety, ktoś głośno się modli, facebookowcy robią zdjęcia do profili, większość rozciąga i rozgrzewa mięśnie. Testosteron, adrenalina wiszą w powietrzu. Wielu ma łzy w oczach przy mijaniu linii startu, w Poznaniu towarzyszą nam dźwięki „Rydwanów ognia” Vangelisa – opisuje wrażenia dr Jacek Trębecki. Wybrał bieganie z wygodnictwa. - Wystarczy, że mam w bagażniku parę butów i mogę biegać wszędzie. Nie muszę umawiać się z partnerem czy wynajmować hali. Biegam dla emocji i kontaktu z najsławniejszymi zawodnikami. - W 2011 roku biegłem maraton w Berlinie, razem ze mną na tej samej imprezie startował ówczesny rekordzista Haile Gebreselassie który zszedł z trasy przed ukończeniem wyścigu. Ja do mety dobiegłem, choć już po drodze wiedziałem z telebimów, że właśnie urodziła się nowa legenda… i padł nowy rekord świata. Gdzie znajdę inną dyscyplinę sportu w której 40-latek po 3 latach treningu startuje ramię w ramię z mistrzami, w których jeden z nim przegrywa, a drugi ustanawia rekord świata? – pyta dr Jacek Trębecki.

„Ojcem chrzestnym” pasji biegowej prof. Mariana Goryni był uczelniany mistrz – Janusz Grzeszczuk. – W 2001 roku przebywaliśmy na wakacjach na Korsyce. Z fascynacją obserwowałem codzienny ceremoniał z jakim pan Janusz wyruszał na treningowe przebieżki. Dystans kilku kilometrów wydawał mi się wtedy jakąś kosmiczną odległością – opowiada prof. Marian Gorynia. – To był czas, kiedy bieganie w Polsce rzeczywiście było pasją elitarną, uprawianą przez wąskie grono fascynatów. Stąd zresztą moje zaskoczenie, gdy widziałem masy Francuzów przyłączających się do rannych biegów. Sam postanowiłem spróbować i w ten sposób z wyspy wróciłem młodym, nieopierzonym jeszcze, ale na pewno zafascynowanym biegaczem.

Prof. Cezary Kochalski z kolei nigdy nie lubił biegać, o tym sporcie zaczął myśleć dopiero kilka lat temu: – Pamiętam, że udałem się z synem na bieżnię – postanowiliśmy przebiec 2000 m. Oczywiście mnie wyprzedził! Stwierdziłem, że moja kondycja jest w fatalnym stanie i aby mu dorównać, muszę zacząć ćwiczyć. I rzeczywiście, w 2010 roku rozpocząłem intensywnie i konsekwentnie biegać. Stopniowo wydłużałem dystans, który pokonywałem. W końcu zdecydowałem się na udział w Biegu Sylwestrowym w Poznaniu. Choć przebiegnięcie dystansu 10 km nie było łatwe, zaraziłem się tym sportem! Wiosną 2010 r. zapisałem się na III Półmaraton Poznański. Gdy go ukończyłem, postanowiłem, że kolejnym wyzwaniem będzie maraton. Tak też się stało - we wrześniu 2010 r. pobiegłem w Maratonie Warszawskim.

Z szacunków prof. Zygmunta Waśkowskiego wynika, że podczas treningów i zawodów przebiegł już 16 tysięcy kilometrów. – Na początku uprawiałem sport w sekcji sportowej w szkole średniej, następnie trenowałem lekkoatletykę w swojej uczelni (Akademia Ekonomiczna w Poznaniu). Pod okiem trenera, mgr. Janusza Grzeszczuka, w 1995 roku zdobyłem Mistrzostwo Polski wyższych szkół ekonomicznych na 800 m, a także wicemistrzostwo na 400 m. Z zespołem biegaczy z AE zajęliśmy również trzecie miejsce w bardzo prestiżowym, ulicznym biegu sztafetowym w Paryżu, w którym startowały akademickie sztafety z kilkunastu krajów. Od tamtej pory, o ile mi wiadomo, nikt z lekkoatletów tej uczelni nie powtórzył takiego sukcesu. W maratonach prof. Waśkowski startuje od 10 lat. – Rzadko startuję, nie jest to moim celem, skupiam się przede wszystkim na samym bieganiu dla przyjemności, nie robię tego dla wyników. Mój dotychczasowy rekord życiowy w maratonie to 3 godziny 12 minut, osiągnięty w 2005 roku w Rotterdamie.

ROZGRZEWKA
– By przebiec maraton trzeba opracować wcześniej pewną strategię – dopasować tempo, czas i systematyczność treningów – mówi prof. Cezary Kochalski. – Od czasu, kiedy przebiegłem pierwszy maraton, kolejne przebiegam średnio co cztery miesiące. Staram się więc trenować tak, aby przez te kilka miesięcy utrzymać formę i być gotowym do startu w kolejnym maratonie.

W bieganiu ważna jest sumienność. Paweł Lembicz, pracownik Uniwersytetu zauważa, że jak już się zaczęło, to nie można robić przerw, bo po miesiącu trzeba budować formę od początku. Biegać trzeba się nauczyć, kontuzje przecież wynikają z wielu rzeczy, choćby z braku rozgrzewki. Uważam, że ćwiczenia – bieganie, rower, piłka – to jest higiena osobista, jak mycie ciała – najlepiej gdy się to robi regularnie. Bieganie to jest zmiana filozofii, ja dzielę życie na etap przed bieganiem i teraz. Biegam raz dziennie, co drugi dzień. Tu przydają się przyjaciele, bo oni mobilizują. Mnie właśnie przyjaciel zachęcił do biegania, za co mu serdecznie dziękuję, to on mówił: to co – biegniemy 20 km o 7 rano w niedzielę?

Biegi to sport dla samotników, twierdzi dr Jacek Trębecki. – Czasami z planu biegowego wypadnie, że pewien dystans biegnie się w maratonie równolegle z kimś, kto identycznie zbudował sobie strategię. W Poznaniu dopiero ze zdjęć zorientowałem się, że z innym biegaczem ramię w ramię biegliśmy prawie 10 km. Żaden z nas się nie odezwał. Czasami, jak jest silny wiatr, od czoła tworzy się formacje, najsilniejszy jest na czele, a reszta jeden za drugim czai się za plecami, zmieniając ustawienie w zależności od zmian kierunku podmuchów. Trzeba przyznać, że ludzie honorowo wymieniają się na czołówce.

Samotność na trasie, wielki upór i pokonywanie zwątpienia, które czasem pojawia się kilka czy kilkanaście kilometrów po starcie, rygor treningowy wymagają od biegacza silnej woli i wytrwałości. Prof. Zygmunt Waśkowski potwierdza: – Do biegania trzeba mieć serce, a nie czas. Jeśli ktoś nie ma do tego sportu zamiłowania, to nie będzie tego robił. Czas jest rzeczą wtórną, jeśli się kocha bieganie, to czas zawsze się znajdzie. Patrząc na to obiektywnie, biegi długodystansowe w gruncie rzeczy są nudne, są dobre dla samotników i, żeby się w to zaangażować, trzeba to lubić.

Ten „nudny” sport w zgodnej opinii wielu biegaczy, działa uzależniająco. – Pamiętam swój pierwszy maraton, to było w Poznaniu. Wystartowałem z ciekawości, żeby zobaczyć, jak to jest, zakładając, że zrobię to tylko raz, żeby mieć „na koncie” taki bieg. Ale… już kilka tygodni później zapisałem się na kolejny maraton w Paryżu. Bieganie samo w sobie jest zdrowe, choć udział w maratonach już niekoniecznie. Podczas biegu każdy biegacz wykonuje mniej więcej 36 tysięcy kroków, czyli po 18 tysięcy każdą nogą. Taka intensywność uderzeń stopą o podłoże, z naciskiem dwukrotnej masy ciała, z obciążeniem stawu skokowego, kolanowego, następnie biodrowego i kręgosłupa jest niezbyt korzystna dla zdrowia – wylicza możliwe konsekwencje prof. Waśkowski. – Ale tysiące ludzi biega, bo nie potrafią się od tego uzależnienia uwolnić.

Prof. Marian Gorynia dostrzega też wielki wysiłek i mobilizację konieczną do intensywnych treningów i to niezależnie od pory roku: – Gdy za oknem plucha, błoto czy śnieg, pojawia się pokusa, żeby odłożyć buty i przeczekać przed komputerem ze szklanką gorącej herbaty na stoliku. Ale to prosta droga do utraty formy. Paradoksalnie ale to właśnie z powrotu z ciężkiego pogodowo biegu czerpie się największą frajdę. Jak patrzę wtedy w rozświetlone okna, za którymi mieszkańcy domów drzemią przed telewizorami, to trochę im współczuję, że nie wiedzą nawet, jak wiele tracą. Rektor naszego Uniwersytetu zauważa też inne korzyści z treningów: – Dzięki bieganiu poznaje się nowe oblicza miasta i nieznane tereny. Szczególnie chętnie zapuszczam się na tereny upraw eksperymentalnych Uniwersytetu Przyrodniczego. Stąd zresztą narodziła się idea, by dokonać wymiany gruntów, a na tak pozyskanym terenie wybudować elementy naszej uczelnianej infrastruktury sportowej, boiska, może korty. Bieganie zresztą umożliwia omówienie takich interesów, zwłaszcza jeśli biega się z rektorem zaprzyjaźnionej uczelni, niestety obecnie kontuzjowanym prof. Grzegorzem Skrzypczakiem z UP.

Również dla prof. Cezarego Kochalskiego bieganie jest źródłem pozasportowych inspiracji. – Zauważyłem silny związek między maratonem, a wizją rozwoju uniwersytetu. Do maratonu należy się przygotowywać długo i systematycznie – tak samo uczelnia powinna rozwijać się w perspektywie długofalowej. Podobnie też jak w maratonie podmioty wpływające na ten rozwój nie powinny ze sobą konkurować, ale się wspierać. Podkreślam to w wielu rozmowach, zwłaszcza w kontekście tego, że od września mam być prorektorem ds. finansów i rozwoju. Na rynku naukowym i edukacyjnym są uczelnie, z którymi musimy konkurować, jesteśmy podmiotami ujmowanymi w różnych rankingach – tam element rywalizacji jest dostrzegalny. Natomiast między sobą w uczelni musimy budować efekt synergii, co wymaga współdziałania w poczuciu wspólnoty. To tak jak w biegu maratońskim – wszyscy biegną i mają wspólny cel.

Mijają kolejne kilometry biegu. Skupiony umysł i rozgrzane mięśnie powoli tracą świeżość. Zaczyna doskwierać upał, widać pierwszych uczestników rezygnujących z dalszych zmagań. Jeszcze nie dopadło nas zwątpienie, ale trzeba uważnie kalkulować i rozkładać siły. – Długi bieg: maraton lub półmaraton, postrzegam jako niezłe ekonomiczne zadanie z zakresu optymalizacji decyzji – dzieli się doświadczeniem prof. Marian Gorynia. – Biec tak, by było jak najszybciej, ale z drugiej strony tak szafować posiadanymi zasobami energii, by w ogóle dotrzeć do mety. – Zapewne to właśnie umiejętność powstrzymania swojej zapalczywości w pierwszej fazie biegu, kiedy jest jeszcze dużo sił, a biegaczowi trudno uciec od złudnego poczucia swoich niewyczerpanych możliwości, decyduje o zwycięstwie. Do tego trzeba dojrzałości i odpowiedzialności. To chyba powód, dla którego czołówka należy zwykle do zawodników dojrzałych: 30-40 letnich, umiejętnie wiążących siły i doświadczenie.

ŚCIANA
– Rozpadłem się na kawałki bólu i poskładałem na nowo, umarłem i odżyłem, upadłem i powstałem, by doczołgać się do mety – obrazowo opisuje ten stan ducha i ciała dr Jacek Trębecki. U każdego biegacza ściana stoi w innym miejscu: – Ściana to moment, w którym przechodzi się na inny rodzaj spalania. Podobno organizm wtedy tak dotkliwie potrzebuje energii, że zaczyna spalać własną tkankę mięśniową. To dotkliwie bolesny proces, ale najgorsze zachodzi w psychice. Wszystko traci sens, człowiek czuje się jak frajer pędzący za nic 42 km. U mnie z reguły na 37 kilometrze jakby zaczaił się jakiś dementor ssący całą radość życia, czuję się, jakby nigdy nie miało już być uśmiechu, radości.

Prof. Waśkowski zwraca uwagę na motywację do biegu i pokorę w wyznaczaniu sobie celu: – Wydaje mi się, że większość biegaczy amatorów kończy maratony w granicach 3:45–4:15. Na tym dystansie dla zdecydowanej większości biegaczy czas nie jest najistotniejszy, dla wyników, na poważnie, ściga się pierwszych stu, może dwustu biegaczy, a dla reszty to wyścig z samym sobą i przede wszystkim walka z własnymi słabościami. Uważam, że nie ma sensu porównywać swoich wyników ze zwycięzcami, bo najlepsi biegacze na świecie biegają ten królewski dystans w czasie niewiele powyżej dwóch godzin, co oznacza tempo poniżej 3 minut na każdy kilometr. To jest „kosmiczny”, wręcz niewyobrażalny wyczyn. Ci biegacze żyją z biegania i żyją po to, by biegać. Często biegacze opowiadają, jak przeżywają trudy tego morderczego dystansu. Mnie w czasie biegu po mniej więcej 25 km kołacze się po głowie tylko jedna myśl: po co ty to robisz, po co się tak męczysz? I walczę z tymi pytaniami przez drugą połowę maratonu, siłując się nie z rywalami, nie z czasem, ale z sobą samym.

META
Resztka sił, organizm zdobywa się, by nadludzkim wysiłkiem wyprostować sylwetkę, lekko przyspieszyć, uśmiechnąć się, zaciskając zęby. Okazuje się, że nie zawsze upragniona meta jest tak blisko. Opowiada dr Jacek Trębecki: – Największy kawał zrobili organizatorzy maratonu w Rzymie. Z daleka, przed Koloseum widziałem olbrzymią bramę. Byłem pewien, a sądząc z reakcji innych – nie tylko ja, że to meta. Z niedowierzaniem zerkałem na zegarek, że aż 4 minuty udało się urwać z przewidywanego czasu ukończenia biegu. Przed metą człowiek wyrzuca ostatnie, zgromadzone na najczarniejszą godzinę zapasy energii. Na mecie czają się fotografowie, tłumy kibiców piszczące cheerleaderki. Warto pokazać klasę na finiszu. Ale w Rzymie była okropna wpadka. Coś, co miało być metą, było tylko olbrzymią bramą sponsora imprezy. Prawdziwa meta była 1,5 kilometra dalej. Dla kogoś, kto właśnie dał z siebie wszystko, to dystans nie do pokonania. Widziałem ludzi, którzy zataczali się, padali na płotki.

Ale jednak się udało. – Tuż po mecie jest ulga, że wszystko się skończyło, że wreszcie nie trzeba przebierać nogami, można zrzucić obcierające buty, odkleić plastry, rzucić się na asfalt. W skrajnym wycieńczeniu chce się jak najszybciej nawodnić organizm, ale zwykła woda ma gorzki smak, a lekkie izotoniki nabierają konsystencji syropu. Jabłko, pomarańcze i czekolada puchną w ustach i zaklejają wszystko. Najlepiej zamknąć oczy i chwilkę poleżeć. To jest szczęście – mówi dr Trębecki. Podobnie mówi prof. Waśkowski: – Gdyby ktoś chciał zobaczyć w jednym miejscu tysiące szczęśliwych ludzi, to zapraszam na metę maratonu. Nie znam drugiego tak dużego skupiska prawdziwie szczęśliwych lubi. Naprawdę każdy, kto dobiega do mety, jest niesamowicie szczęśliwy pomimo potwornego zmęczenia. Dlatego mam wielki szacunek do wszystkich sportowców, wiem, ile wysiłku kosztuje ich uprawianie sportu, determinacji, walki, samozaparcia i poświęcenia. W sporcie jest tak: jeśli ktoś się przełamie, pokona swoje słabości, staje się silniejszy. Każdy, kto pokona samego siebie, jest na swój sposób zwycięzcą.

– Ja miałem „ścianę” od początku do końca biegu – mówi Paweł Lembicz. Każdy moment jest trudny, aczkolwiek mówi się, że dla zdrowia biegnie się do 30 km a powyżej jest zawsze jakiś uszczerbek dla organizmu. Po maratonie przez tydzień po schodach chodzi się bokiem. Mięśnie, których normalnie nie używamy, są ponaciągane. Pierwszy raz jest najgorszy, bo człowiek nie wie wielu rzeczy i boli go wszystko. Potem jest dobrze przygotowany, dobrze rozgrzany – to najbardziej istotna rzecz przed maratonem, dodatkowo dieta, suplementy – trzeba brać magnez. Należy określić swoje maksymalne tętno i to jest bardzo trudne. U mnie na mecie po wyskoku radości wynosiło ono 210 uderzeń i to jest moje maksymalne tętno, tak też określiłem je na testach. Podczas biegu nie należy przekraczać odpowiednio wyliczonego poziomu tętna, bo później organizm bardzo długo wraca do sprawności.

Prof. Cezary Kochalski, biorąc udział w maratonach, chciał przetestować swój charakter. – Przebiegnięcie maratonu to nie tylko siła mięśni, ale przede wszystkim próba. Po przebiegnięciu sześciu maratonów wiem, że to, co dzieje się w naszej głowie, jest najważniejsze. Uważam, że maratończycy to wyjątkowi ludzie – dynamiczni, konsekwentni, pozytywnie nastawieni do życia. Co ciekawe, uczestnicząc w kilku imprezach, można spotkać te same twarze. Na naszej uczelni również mamy maratończyków! Od pewnego czasu krystalizuje się tu się grupa osób systematycznie biegających, z panem rektorem na czele. Inspirację otrzymaliśmy od pana Janusza Grzeszczuka, który w biegach długodystansowych jest naszym wzorem, naszym mistrzem.

Maratończycy mają swoją listę obowiązkową – spis biegów na świecie, w których trzeba wziąć udział. Moim marzeniem jest maraton w Rzymie – mówi Paweł Lembicz – ale są biegi w Paryżu, Londynie, Nowym Jorku, Berlinie – to właśnie lista obowiązkowa. Najpierw się biegnie, a potem zwiedza miasto z rodziną.

Biegają wykładowcy i pracownicy Uczelni, biegają absolwenci i studenci. Biegają i zachęcają znajomych oraz członków rodzin. – Słyszałem, że w życiu biegacza-ojca są trzy niezwykłe momenty: kiedy po raz pierwszy rusza się na trasę z własnym dzieckiem, kiedy syn lub córka są w stanie utrzymać tempo ojca i chyba najbardziej przełomowy, kiedy dziecko okazuje się lepsze od rodzica. Na szczęście to długi proces, a ja jestem, co zresztą z dumą odnotowywuję, dopiero na drugim etapie i nie zamierzam łatwo oddać miejsca w rodzinnej czołówce – podsumowuje prof. Gorynia.

OPRACOWANIE: Natalia Wrońska, Marcin Piechocki, Michał Cieślak


Klub Biegacza UE Poznań

Kim jesteśmy?
Każdy z nas na pewnym etapie życia związał się z Uniwersytetem Ekonomicznym w Poznaniu. Stanowimy nieformalną grupę zapaleńców, rekrutujących się spośród pracowników uczelni, studentów
i absolwentów.

Ciężka czy lekka?
Treningi traktujemy równie serio, jak uczelniane obowiązki. Do rozbiegań dodajemy przeróżne akcenty, a nad naszą wydolnością i cechami motorycznymi pracujemy zespołowo lub pod czujnym okiem utytułowanych zawodników
i trenerów.

Przyłącz się!
Treningi i uczestnictwo w zawodach są otwarte dla wszystkich przyjaciół UEP. Zapraszamy na czwartki maltańskie.
To dzień, w którym spore grono naszych klubowiczów udziela się nad malowniczym, poznańskim torem regatowym.

Bądź bezpieczny
Zmagania sportowe warto prowadzić
w przemyślany i bezpieczny sposób. Przezornym proponujemy ubezpieczenie
w ramach AZS
.

Zarząd

Historia Klubu
Historia Klubu Biegacza UEP w pigułce ›

 
Klub Biegacza UE Poznań © 2012